Centrum Yogi: Yoga Łódź, Joga Łódź
Centrum Yogi   |   Łódź, ul. Gdańska 81   |   tel. (42) 633 33 06
napisz do nas:  yoga@yoga.net.pl | GG: 4279885

 
 

 

KOBIETA - BARWNY MOTYL...

Nigdy nie sądziłam, że można przeżyć cały dzień w Indiach, oddychając wyłącznie spalinami i przeciskając się przez tłumy obcych, tak dalekich nam - Europejczykom - pod względem tradycji, religii i trybu życia Hindusów. Przytłaczają powietrze, gwar i ścisk Wschodu. I jedynej lekkości tej atmosferze dodają niezliczone Barwne Motyle.

Tak nazwałyśmy kobiety indyjskie, gdy po raz pierwszy przefrunęły obok nas - zmęczonych, zlanych potem, przestraszonych Łodzianek, które wyruszyły w poszukiwaniu swojej duchowości gdzieś na kraniec Świata.

A „kraniec Świata” wyglądał tak: indyjska ulica - wokół poniewierają się sterty śmieci, chodniki nie istnieją, dookoła budy, kramy, wózki - większość z nich to jednocześnie dom i miejsce pracy. Tłum płynie we wszystkich kierunkach, bezpardonowo ocierając się o siebie. Ludzie z determinacją wkraczają pod koła wszystkich możliwych pojazdów, jeżdżących pod prąd. Lekcja pierwsza: nie ustępuj nikomu, bo inaczej nie postawisz kroku do przodu.

Zatrzymujemy się, siadamy na skraju ulicy, a odrapany słup za naszymi plecami daje niewielkie schronienie. Z niedowierzaniem stwierdzamy: TU dzieje się WSZYSTKO! Hałas - ktoś się kłóci, ktoś inny się śmieje, słychać klaksony pojazdów i kaszel gruźlików. Tu sprzedają buty, a tam krowę. Fryzjer goli przystojnego Hindusa, a za rogiem innemu wyrywają zęba. Gdzieś dalej uliczny krawiec szyje na poczekaniu Sari dla Hinduski z dwójką dzieciaków na ramionach i trzecim przypiętym do jej Pendżabu jak rzep do spódnicy. W powietrzu upał, a przecież dopiero kilka dni temu był pierwszy dzień wiosny…

Nasze oczy, szeroko otwarte ze zdumienia, z niedowierzaniem obserwują kobiety indyjskie, jakże inne od nas - Europejek.

Tutejsza Hinduska nie opuści domu, nawet jeśli jest nim chata z krowich odchodów, nieubrana w barwne Sari lub Pendżab, nie zapominając o bransoletach od nadgarstka aż po łokcie, czy kolczykach, zdobiących jej długą szyję. Jednakże przede wszystkim nie zapomni ona o uśmiechu i dumnej sylwetce, nie zważając na to, że jeszcze przed chwilą niosła cegły na swych plecach, w plątaninie dnia musiała zadbać o drobną porcję pożywienia dla swoich głodnych dzieci, czy o uśmiech dla męża, który w każdej chwili miał prawo wyrzucić ją z domu z byle powodu.

Nie mogłyśmy wyjść z podziwu - my, zamknięte w swym europejskim więzieniu kulturowym, Polki - skąd te piękne biedne Hinduski czerpią tyle siły, energii, dumy i godności w swym zachowaniu, wyglądzie, czy sylwetce. Większość z nich jest smukła, bez grama tłuszczu, z pięknie wyrzeźbionym ciałem, pomimo ósemki dzieci. Wbrew temu, co dała im kultura, religia i tradycja indyjska, są one pogodzone z życiem, zawsze pełne akceptacji - po prostu piękne.

Już od dawien dawna zabraniało się w kobietom w Indiach studiowania i kształcenia. Jedynie dziewczynki z wysokich kast uczyły się umiejętności pisania wierszy, recytacji, tylko dlatego, by jako dobre żony potrafiły sporządzić roczny domowy budżet.

Według wymagań współczesnego świata żona idealna powinna być opanowaną służebnicą, która czci męża niczym boga. Powinna mu dogadzać, usługiwać przy stole, pościć wraz z nim, zawsze mu towarzyszyć, a także - jeśli on sobie tylko tego zażyczy - nigdzie nie chodzić bez jego zezwolenia. Nie powinna, bez wiedzy męża, przebywać poza domem. Jej obowiązkiem jest dbanie o przyjaciół i rodzinę małżonka, usługiwanie im i posłuszeństwo wobec nich. Dla nas - kobiet samodzielnych, wyzwolonych - brzmi to jak niedorzeczna, wręcz koszmarna bajka, która jest, niestety, rzeczywistością dla większości kobiet, zamieszkujących tamten kontynent.

„Indyjski motyl” nie wyfrunie z domu, chyba, że w asyście męża lub jego rodziny. Swoich bliskich może ona odwiedzać niezwykle rzadko, a właściwie tylko na wypadek katastrofy lub innej klęski żywiołowej. Jedynym wyjątkiem są święta.
Kiedy mąż wyrusza z domu, a zdarza się to niemal cały czas, oddana żona pozostaje sama, prowadząc życie ascetki. Nie nosi wtedy ozdób, pości, zachowując jedynie wyraźną oznakę małżeństwa - czerwony przedziałek we włosach.

To ona - barwna Hinduska - zajmuje się wszystkimi sprawami domu. Dba o czystość, froteruje podłogi, dekoruje dom kwiatami, dba o ogród, podwórze i bydło, jednocześnie zajmując się dziećmi. Nieodłącznym obowiązkiem jej codziennego życia jest pełne oddanie i poświęcenie mężowi, modlitwa ZA niego i DO niego. Służyć mu przez całe życie - taki jest cel niemal każdej hinduskiej żony. A jeśli mąż ją odrzuci, „barwny motyl” umiera.

Cały proces podporządkowywania zaczyna się od dnia, kiedy to ten bezbronny „barwny motyl” zakłada czerwone Sari w dniu swojego ślubu. Najczęściej młoda kobieta jest jeszcze niewinnym dzieckiem, które nie zdążyło wkroczyć w dorosłość innym odcieniem czerwieni, będącym oznaką kobiecości.

Śluby dzieci, choć zakazane prawem, wcale nie należą do rzadkości. Wręcz przeciwnie, ciągle uznawane są w Indiach za symbol przedłużenia tradycji i zwiastun pomyślności. Nie trudno zatem domyślić się, że nowożeńcy nie mają prawa głosu w kwestii dotyczącej ich wspólnego życia.
Pan młody ubrany jest w dhoti, czyli pieluchę przewiązaną w biodrach i pomiędzy kolanami, na głowie ma upięty wielki turban, najczęściej z imitacją pawiego pióra. Przybywa on na słoniu, konno, wozem lub piechotą, w zależności, jakiego jest stanu społecznego.

Tak jak istnieją śluby, tak zdarzają się również wdowieństwa. Wdowiec może ożenić się ponownie, jednakże wdowa ma obowiązek pozostać w stanie wdowieństwa do końca życia. W tradycji indyjskiej znane są dwa rodzaje samobójstw wdów: Sahmaran i Sati, popełniane na stosie, na którym złożono zwłoki męża. Sati jest w Indiach rytuałem nielegalnym od roku 1829. Zakaz ten został wprowadzony przez kolonialistów brytyjskich. Prawdziwa Sati według wierzeń nie czuje bólu i wraz z dymem idzie wprost do nieba. W mitologii hindu wierzono, iż kobieta nie ma prawa do zbawienia, dopóki nie odrodzi się jako mężczyzna, o ile nie popełni Sati. Ucieczka ze stosu niesie straszne konsekwencje - kobieta traci swoją czystość kastową i zaliczona zostaje do kasty niedotykalnych. Jeśli zaś Hinduska przetrzyma próbę ognia i zginie, staje się świętą, a jej stos staje się miejscem sanktuarium, do którego ciągną pielgrzymki.

Kiedy w rodzinie rodzi się dziewczynka, jej członków ogarnia smutek, ponieważ trzeba będzie wydać ją za mąż, a to wiąże się z niemałymi kosztami. Dla warstw klasy średniej tradycja posagu jest niezwykle trwałym i wciąż surowo przestrzeganym warunkiem wydania kobiety za mąż. Zatem ślub staje się tanim środkiem pozyskania pieniędzy przez rodzinę męża, gdyż koszty wesela pokrywa oczywiście rodzina narzeczonej. Takim zwyczajem, w dniu ślubu rodzina narzeczonego wciela się w rolę komorników, zabierających z domu panny młodej wszystko, co przedstawia jakąkolwiek wartość materialną: pieniądze, biżuterię, ubrania, dywany i meble.

Nie zapominajmy jednak o tym, że przeznaczeniem kobiety w Indiach jest małżeństwo. Dziewczyna MUSI wyjść za mąż, czasami płacąc przy tym wysoką cenę.
W tradycji hindu małżeństwo jest sakramentem. Może je unieważnić tylko śmierć.

W dzisiejszych czasach ślub kontraktowy jest codziennością, a przyszli małżonkowie poznają się dopiero w przeddzień ślubu. Po ceremonii zaślubin para młoda zamieszkuje w domu rodziców pana młodego, gdzie żelazną ręką rządzi teściowa. Od męża nie można uciec, bo to oznacza dożywotnią hańbę. Operatywna rodzina potrafi swoim synem „zarządzić” czasami trzy razy, trzykrotnie żeniąc go i inkasując posag.

Kobieta w Indiach rodzi się tylko w jednym celu – służyć ojcu, mężowi, a na końcu synowi. Niewyobrażalnym dla nas staje się fakt, iż przeciętna indyjska kobieta nie decyduje o niczym. Wybory dotyczące tak ważnych pytań: kogo poślubić, co zjeść i kiedy, co na siebie włożyć, dokonywane są za nią. Hinduski poszczą raz w roku przez cztery okresy księżycowego kalendarza, modląc się, by ich mąż żył długo i dostatnio. Od wieków jest to jednostronny rytuał…

Niezwykle wzruszyła mnie zasłyszana podczas pobytu w Indiach informacja, dotycząca całkiem innych stosów - domowych. Teściowa, niby przez pomyłkę, oblewa swoją niepokorną synową naftą i podpala. Kolorowe Sari płonie. Ten bestialski i bezkarny czyn zostaje usprawiedliwiony wypadkiem przy palenisku.

Kobieta w Indiach powinna być utrzymywana w stanie permanentnej zależności w ciągu całego jej życia. Nie dopuszcza się możliwości, by stała się ona panią swojego życia, decydentem własnego losu. Tylko nieliczny procent kobiet w wielkich miastach indyjskich walczy o swoje prawa do wolności głosu czy edukacji. „Motyle”, które nie miały tyle szczęścia, wiodą życie w kokonie i tylko ich barwne Sari jest, niczym skrzydła przykrywające prawdziwe szare życie. Taki „motyl” nie może spojrzeć na innego mężczyznę, uśmiechnąć się do kogoś, poza własnym mężem. Bo jeśli mąż się śmieje, to i żona winna się śmiać. Jeśli mąż jest smutny, to i żona jest smutna. Kiedy mąż śpiewa, jego żona wpada w zachwyt. Gdy mąż mówi, jego kobieta słucha go z podziwem - nigdy nie wolno jej okazać znudzenia, ani niezadowolenia. Na czas menstruacji Hinduska powinna przebywać w innym pomieszczeniu. Nie wolno jej wtedy rozmawiać. Czwartego dnia cyklu przechodzi ablucje połączone ze wszystkimi ceremoniami oczyszczania ciała. Jej ubiór zostaje oddany do prania, a ona sama w czystych szatach musi zanurzyć się w świętej rzece dwanaście razy.

Kobieta indyjska swe szczęście musi osiągać jedynie poprzez męża. Jednak, będąc w kolejnej ciąży, zapewne w duchu modli się, by na świat wydać… syna.

Wszystko, co do tej pory zobaczyłyśmy w Indiach, jest zapewne namiastką tego, co jeszcze skrywają pod swymi skrzydłami hinduskie „motyle”. Nie oceniam - przyglądam się tej odmienności i nawet nie próbuję jej zrozumieć, po prostu chłonę. Warunkiem zbliżenia się do tej obcej nam kultury jest wczucie się w odmienne pojmowanie świata.

NIE PRÓBUJ ZROZUMIEĆ INDII, BO ZWARIUJESZ...

Kasia Jaguszewska
(red. Ola Ledzion)


«« poprzednia strona | następna strona »»